English
Po festiwalu

Muzyczny poliglota Bill Laswell (Marta Strzoda)Muzyczny poliglota Bill Laswell (Marta Strzoda)
Gazeta Festiwalowa "Na horyzoncie", nr 3
21 lipca 2012
Remiksy robią didżeje

Każdy z nas z osobna uczył się muzycznego języka. Teraz razem go rozwijamy, dokładając do słownika kolejne wyrażenia. Na tym polega improwizacja – mówi legendarny muzyk i producent Bill Laswell. Dziś zagra w Klubie Festiwalowym z triem The Blixt

Marcin Babko: – Wiele razy byłeś w Polsce, grałeś tu z różnymi projektami. Co przywiozłeś nam tym razem?

Bill Laswell: – To kolektyw, trio. Tak naprawdę to nie jest mój zespół. Założyli go pozostali dwaj członkowie. Gitarzystę Raoula Bjorkenheima (znanego m.in. ze współpracy z Edwardem Vesalą – przyp. red.) znam od dawna, perkusistę Morgana Agrena (grał w zespole samego Franka Zappy – przyp. red.) poznałem dwa lata temu. Niedawno nagraliśmy jedną płytę, zagraliśmy trochę koncertów. Muzyka cały czas się zmienia, za każdym razem jest inna, co bardzo mi odpowiada. To ekscytujące. Powiedziałbym, że to w pewnym sensie zespół rockowy, ma w sobie elementy power tria. Widzę przyszłość przed tym składem. Więcej koncertów i więcej płyt.

– Wasza muzyka to dobra kombinacja konkretnych pomysłów kompozycyjnych i aranżacyjnych z improwizacją. Słychać, że dobrze się rozumiecie.

– Trzy osoby tworzą nową jakość: wspólny, czwarty umysł. Każdy z nas dorastał w kręgu tego samego języka. To tak, jakbyś wszedł do pokoju pełnego Polaków – bez problemu byś się z nimi porozumiał, czułbyś się pewnie. Gorzej, gdyby byli Bułgarami czy Egipcjanami. Każdy z nas z osobna uczył się muzycznego języka. Teraz razem go rozwijamy, dokładając do słownika kolejne wyrażenia. Na tym m.in. polega improwizacja w muzyce. Rozmawiamy, tworzymy wspólne opowieści. Ale my nie improwizujemy od początku do końca. Mamy swój repertuar, choćby utwory, które znalazły się na płycie. 

– To nie pierwsze trio, w którym grasz.

– Każde jest inne, bo w każdym gram z innymi ludźmi. Miałem trio z Fredem Frithem i Charlesem Haywardem – bardzo intuicyjny repertuar, tworzyliśmy zupełnie nowy, wspólny język. Z Johnem Zornem mieliśmy różnego rodzaju tria, każde brzmiało inaczej, każde miało swój słownik. Były różne nie tylko ze względu na skład. Po prostu wchodziliśmy na nowy, wyższy rodzaj porozumienia. Razem szukamy, znajdujemy wspólny kierunek i razem tam idziemy. 

– Przyjeżdżając do Polski, oczekujesz, że ludzie zrozumieją język Waszej muzyki?

– Tego nie da się przewidzieć. Ale często, szczególnie w Polsce, można się zdziwić. Bo ludzie wiedzą o wiele więcej, niż się spodziewałeś. Widzisz kogoś, kto wygląda, jakby był gothem i słuchał industrialu, a on opowiada ci o muzyce indyjskiej i ambiencie. Zapoznanie się z tym wymaga czasu. Nie można wpaść na chwilę, zagrać i lecieć dalej. Energia musi się uwolnić. Trzeba coś z siebie dać, nie tylko przez chwilę się pokręcić. 

– Kwestia języka muzycznego musi być dla Ciebie ważna, skoro nawet w tytułach swoich płyt umieszczasz słowo „tłumaczenia”. Na płycie „Dreams of Freedom. Ambient Translations of Bob Marley” z 1997 roku zaprezentowałeś swoją wizję muzyki Marleya. Przetłumaczyłeś ją na swój język? 

– To nie jest remiks. Remiksy robią didżeje. Gdy sobie wyobrażasz coś na nowo, to jest to coś więcej. Dzieła wielkich kompozytorów, a za takiego uważam Boba Marleya, mają w sobie tyle głębi, że gdy naprawdę się w nich zanurzysz, to odkryjesz tyle różnych pokładów, że chcąc o nich opowiedzieć, musisz dokonać przekładu. Żeby ludzie mogli zrozumieć to tak, jak ty to słyszysz. Praca nad muzyką, którą znasz od dwudziestu lat, jest jak sen. To bardzo niezwykłe uczucie. Pamiętam, że przez dwa tygodnie słuchałem tylko muzyki Marleya. Potem poleciałem na Jamajkę, poznałem jego matkę, potem także jego dzieci. Chodziłem po wyspie, poznawałem ludzi. Po powrocie zdałem sobie sprawę, że nie chcę zrobić płyty w stylu dub, że to powinien być ambient. Dlatego na mojej płycie w muzyce Marleya nie ma głosu, nie ma przekazu, nie ma poezji. 

– W podobny sposób tłumaczyłeś muzykę Milesa Davisa (album „Panthalassa” z 1998 roku) i Santany („Divine Light: Reconstructions & Mix Translation” z 2001 roku) z wczesnych lat 70. Czy pracując nad tak klasycznym materiałem, nie czujesz onieśmielenia? 

– Nie, raczej odpowiedzialność. To musi być prawdziwe. I trzeba wnieść w to coś własnego. Inaczej to nie ma sensu. 

– Wyprodukowałeś debiutancką płytę tria The Blixt, z którym zagrasz dziś we Wrocławiu. Co swojego wniosłeś do tej płyty?

– Produkcyjnie prawie nic. Nagraliśmy ją we trójkę, potem trzeba było tylko zrobić odpowiedni balans. To nie jest muzyka, którą trzeba produkować. 

 

Rozmawiał Marcin Babko

 

Bill Laswell to znakomity amerykański multiinstrumentalista i producent. Ma na koncie prawie tysiąc płyt. Współpracował z wielkimi gwiazdami, jak Mick Jagger czy Peter Gabriel, z klasycznymi już osobowościami muzycznej awangardy, jak Laurie Anderson i Yoko Ono, gigantami jazzu (Herbie Hancock, John Zorn), rocka (Santana) i muzyki elektronicznej (DJ Spooky). Produkował też pośmiertne płyty takich tuzów, jak Miles Davis czy Bob Marley. Nie ma dla niego stylistycznych barier, o czym świadczy m.in. jego nowy projekt – The Blixt, z gitarzystą Raoulem Bjorkenheimem i perkusistą Morganem Agrenem. Ich pierwsza wspólna płyta „The Blixt” to oryginalne połączenie estetyki hardcore-dub, fusion i avant-progressive. A każdy koncert to wydarzenie jedyne w swoim rodzaju. 

 

The Blixt w Arsenale

Sobota, godz. 22 

Bilety: 45 zł normalny / 30 zł ulgowy dla karnetowiczów

Moje NH
Strona archiwalna 12. edycji (2012 rok)
Przejdź do strony aktualnej edycji festiwalu:
www.nowehoryzonty.pl
Nawigator
Lipiec 2012
PWŚCPSN
161718 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
Skocz do cyklu
Szukaj
filmu / reżysera / koncertu
 
KalendariumIndeks filmówMój planKlub Festiwalowy Arsenał
© Stowarzyszenie Nowe Horyzonty
festiwal@nowehoryzonty.pl
realizacja: Pracownia Pakamera
Regulamin serwisu ›