English
Po festiwalu

Witold Giersz (autorka: Marta Strzoda)Witold Giersz (autorka: Marta Strzoda)
Gazeta Festiwalowa "Na horyzoncie", nr 5
23 lipca 2012
Retrospektywa Witolda Giersza. Jaskiniowcy na tablety

Ożywiam prace prehistorycznych malarzy, którzy pozostawili po sobie tylko rysunki, ryty i malowidła w skalnych grotach – mówi o swoim nowym filmie Witold Giersz, jeden z najwybitniejszych polskich twórców animacji. Podczas festiwalu zobaczymy niemal cały jego dorobek, czyli blisko pół setki filmów

Natalia Kaniak: Większość Pana filmów to krótkometrażowe animacje. Czy nie czuł Pan nigdy potrzeby kręcenia dłuższych filmów?

Witold Giersz: – Otóż z reguły animacja to filmy krótkie. Bywają pełnometrażowe, ale wtedy są to filmy fabularne w wydaniu animowanym. Na ogół animacja operuje skrótem myślowym, metaforami plastycznymi, kodem graficzno-filmowym. Ta estetyka bardzo absorbuje widza, wymaga koncentracji, by właściwie odebrać ładunek emocjonalny. 

Nie uważa Pan, że nowe technologie zabijają malarskość animacji? 

– Pracując za pomocą tabletu, uzyskuje się taki sam efekt, jak malując akwarelą. Mogę wszystko ustawić, np. chropowatość i wilgotność kartonu. Wszystkie te działania sprowadzają się do jednego: komputer nie zastąpi artysty, jest tylko nowym, bardziej doskonałym narzędziem w rękach twórcy. Ważne jest to, kto siądzie przy komputerze, technik czy artysta posiadający możliwości swobodnego operowania sprzętem. 

A jak ocenia Pan nową animację polską?

– Młodzi twórcy na ogół odcinają się od tego, co robili ich starsi koledzy. Mimo że polska animacja była bardzo wysoko notowana w świecie, to młodzi artyści nie chcą rozwijać starego nurtu. To plus. Każdy z moich starszych kolegów miał odrębny styl, który można kontynuować, ale młodzi ludzie mają nowe spojrzenie i chcą promować własne techniki. Rezygnują z precyzyjnego warsztatu na rzecz zupełnego zaniedbania poprawności. Kiedy uczyłem się, mówiono, że kreska postaci w filmie rysunkowym nie powinna drgać. A teraz robi się odwrotnie, a niech ona sobie skacze! Ja już wcześniej doszedłem do wniosku, że równa kreska, taka jak w filmach Disneya, to skostnienie. Zawsze wolałem próbne animacje, podobały mi się te szkicowe formy, przedstawiające ruch postaci w sposób spontaniczny. 

Tworząc film, przychodzi Panu na myśl najpierw historia czy obraz?

– Z tym bywa różnie. Jeśli mam jakieś interesujące tworzywo, z którego mogę korzystać, to najczęściej ono samo narzuca styl animacji. Czasem nawet jej treść. Robiłem raz w życiu animacje w technice lalkowej. Sam wygląd laleczek z bibułki narzucił mi opowiadanie. W „Oczekiwaniu” baletnica, która jest zrobiona z cienkiej serwetki, nie udźwignie dramatu. Jest lekka, delikatna, jakie mogą być jej problemy? Mogłem sobie pozwolić na rozdarcie, pogniecenie tego materiału, w najgorszym wypadku spalenie. 

Pana styl jest bardzo rozpoznawalny. Czy inspirują Pana inni artyści? 

– Może nie jakiś konkretny artysta, ale kierunek w sztuce. Zawsze pociągał mnie impresjonizm francuski. Kiedy oglądałem obrazy, odpowiadały mi te, w których artyści nie mieszali farb, ale układali kolory obok siebie, budowali między nimi relacje. To podpowiedziało mi sposób animacji w farbie olejnej w filmie „Koń” czy „Pożar”. Szczególnie jednak cenię głębokie reliefy w obrazach van Gogha. Sam malowałem szpachlą, a nie pędzlem, więc moje prace były jeszcze bardziej głębokie i kanciaste. Jednak od dawna jestem pod wpływem malarstwa jaskiniowego. Zawsze marzyłem o tym, żeby zrobić film na jego temat. Nie wiedziałem jednak, jak do tego podejść, i dopiero niedawno zrozumiałem, jakie to proste. Trzeba malować tak, jak jaskiniowcy. W robionym właśnie filmie ożywiam prace prehistorycznych malarzy, którzy pozostawili po sobie tylko rysunki, ryty i malowidła w skalnych grotach.

W Pana filmach mowa zawsze jest na dalszym planie. Czy nie lubi Pan zestawiać słów z obrazem?

– Film animowany jest sztuką obrazu, więc słowo ma rolę służebną. Pewnych sytuacji nie da się określić bez niego, ale należy stosować je oszczędnie. Kiedy robiłem „Proszę słonia”, na planie było kilku reżyserów, poza tym książka Jerzego Kerna przewidywała dialogi. Wspominam to jako miłą współpracę z aktorami, którzy użyczyli postaciom swoich głosów. Ale oni film traktowali jako przyjemną odskocznię od prawdziwego teatru. W większości moich filmów słowo mówione po prostu nie występuje.

Rozmawiała Natalia Kaniak, Gazeta Na horyzoncie

Moje NH
Strona archiwalna 12. edycji (2012 rok)
Przejdź do strony aktualnej edycji festiwalu:
www.nowehoryzonty.pl
Nawigator
Lipiec 2012
PWŚCPSN
161718 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
Skocz do cyklu
Szukaj
filmu / reżysera / koncertu
 
KalendariumIndeks filmówMój planKlub Festiwalowy Arsenał
© Stowarzyszenie Nowe Horyzonty
festiwal@nowehoryzonty.pl
realizacja: Pracownia Pakamera
Regulamin serwisu ›